Bogaci ludzie mają przerąbane. Jak urodzisz się w majętnej rodzinie, nie pozostaje ci nic innego, jak kontynuowanie dzieła w tej samej profesji. Gdzie? Oczywiście na Wall Street. O problemach wyższej sfery filmografia mówiła już na wiele sposobów, ale dawno nie widziałam, żeby w to wszystko wmieszano obsesję na punkcie zabijania. A taki właśnie jest "American Psycho".
Patrick Bateman (Christian Bale) jest reprezentantem tzw. wielkomiejskich japiszonów, ee tzn. yuppies, dzielących swoje życie na intratne spotkania i wypady do klubów. Najważniejszym znakiem rozpoznawczym młodych pracujących jest nadmierna dbałość o wygląd, wyglancowane garnitury i oczywiście rezerwowanie miejsc w najbardziej prestiżowych restauracjach. Bateman wydaje się początkowo nie odstawiać od swojej społecznej grupy: ma ustawioną pozycję w firmie, bogatą narzeczoną i perfekcyjną wizytówkę (która co prawda nie jest najlepiej wykonana, ale kto by się tam czepiał). Codziennie nasz bohater rozpoczyna swój poranek od rytualnego nakładania odpowiednich maseczek, kremów, perfum i robienia brzuszków. Potem wychodzi na rozmowy z klientami, lansuje się w knajpach i chodzi z kolegami na imprezy. Któż by pomyślał, że w jego głowie roją się przerażające pomysły.
Tak, Patrick lubi mordować. Lubi o tym myśleć, rysować i opowiadać. Nie, żeby w tej snobistycznej klice ktokolwiek brał jego dziwne teksty na poważnie. Ale niestety- mamy do czynienia z seryjnym maniakiem, lubującym się w machaniu siekierą i atakowaniu każdego, kto go zdenerwuje. Wystarczy, że na horyzoncie pojawi się oszołom, który próbuje być lepszy w pracy i jest do tego bezczelny- wiedzcie,że Bates już ostrzy sobie na niego kły. Takie hobby niestety ma swoją cenę-a przez niekontrolowaną wściekłość, Patrick musi zmagać się z wynajętym detektywem (Willem Dafoe), węszącym za jedną z jego ofiar. Jak to wszystko się zakończy? To już musicie zobaczyć sami.
Końcówka filmu to dla mnie istny majstersztyk. Nie będę oczywiście zdradzać dalszego ciągu fabuły, jednak śmiem rzec, że żaden czysto teoretyczny thriller to to nie jest. Oprócz makabrycznych scen, mamy również groteskowo- zabawne sytuacje, które nadają oryginalną oprawę dla dzieła- weźmy chociażby przewijający się motyw z wizytówkami. Bateman, który podczas swoich łowów puszcza komercyjny pop w stylu Whitney Houston i Phila Collinsa jest niezwykle interesująca postacią. No bo kto normalny opowiada o muzykach, tak jakby cytował z marszu wikipedię? Czyżby Patrick nie do końca wpasował się w schemat rozpasanego towarzystwa?
Christian Bale w tej produkcji naprawdę robi wrażenie. Od początku do końca śledzimy coraz bardziej widoczną psychozę głównego bohatera, nie potrafiącego wyrazić siebie. Jest na przemian spokojny, wściekły, sfrustrowany, czy obcesowy. Fakt, że parę tytułów z wyżej wymienionym aktorem nie pozwoliło mi go za dobrze ocenić, ale muszę stwierdzić, że z tej roli wywiązał się znakomicie. Na przemian odczuwałam napięcie grozy i ironiczne podejście Patricka do sytuacji (scena zerwania będąca równie sztuczna, co cały związek). Podobały mi się również utwory, nadające właściwy charakter sekwencjom.
"American Psycho" budzić może skrajne reakcje, jednak ja się srodze dobrze na nim ubawiłam.